Lubliniec - Ocalić od zapomnienia

enfrdeitptrues

XIX-wieczna emigracja Ślązaków do Ameryki

Kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.

Autor: Piotr Serafin

Kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w miejscowości Panna Maria.

Pewnie wielu z Was zastanawia się w tej chwili, gdzie stoi ten kościół ze zdjęcia? Mimo, że postawiono go ok. 9000 km stąd, w Teksasie to jest bardziej śląski, niż się komuś wydaje, bo zbudowali go ludzie z naszej najbliższej okolicy, być może moi bądź Wasi przodkowie. Ich potomkowie żyją tam do dnia dzisiejszego. Za „ojca” emigracji Ślązaków do Ameryki uważa się i słusznie Leopolda Moczygembę.

Ojciec Leopold Moczygemba (1824-1891).
Obecnie w Teksasie żyje ksiądz Henryk Moczygemba (potomek brata Leopolda)
i jest czwartym księdzem w rodzinie Moczygembów,
wychowanych i żyjących w Ameryce.
 

Był synem także Leopolda, karczmarza z Płużnicy Wielkiej oraz Ewy z domu Krawiec. Leopold Moczygemba wstąpił do Zakonu Franciszkanów, a następnie w połowie XIX wieku wyjechał na misję do Nowego Świata. Tam w Teksasie niedaleko San Antonio kupił ziemię i wkrótce sprowadził grupę Ślązaków, pochodzących głównie z Płużnicy Wielkiej, powiat Strzelce Wielkie (swojej rodzinnej wsi), Toszka oddalonego raptem o 5 km oraz kilku innych okolicznych miejscowości. W Wigilię 1854 r. pierwsza grupa śmiałków w liczbie ok. 150 osób dotarła do celu. W tym dniu po uroczystej Mszy Świętej odprawionej przez o. Leopolda pod gołym niebem, obok rozłożystego dębu wspólnie, symbolicznie założyli w Teksasie „swoją własną”, osadę o nazwie Panna Maria. Nie sposób dodać, że przybyli tu śląscy emigranci zostali w zdecydowanej większości zwiedzeni zapewnieniami o cudownej Ameryce, które do swojej rodziny w Płużnicy słał pocztą ojciec Leopold Moczygemba. Nie wiadomo do końca czym się tak naprawdę kierował pisząc listy o krainie mlekiem i miodem płynącej, bo przecież zdawał sobie sprawę, że owe „nieco lukrowane” opowieści trafią na podatny grunt.

Fragmenty listów. Po lewej ojciec Leopold Moczygemba pisze do rodziców. Po prawej list brata o.Leopolda - Thomasa Moczygemby i Jochana Dziuka wysłany do rodziny w Płużnicy. Wspominają w nim między innymi o pomocy niejakiego pana Szilera w sprawach związanych z wyjazdem do Ameryki. To ten sam Schüller z ogłoszeń w „Lublinitzer Kreisblatt”, czyli lublinieckiej gazety powiatowej.

Tutaj na Śląsku kończyła się właśnie epoka hutnictwa rudy darniowej, a znaczny przyrost ludności oraz rozdrobnienie gospodarstw rolnych oznaczało coraz mniej ziemi do uprawy i biedy, spotęgowanej jeszcze klęskami nieurodzaju. W Nowym Świecie można było więc zacząć wszystko od nowa. W sumie za namową o. Leopolda Moczygemby do Ameryki trafiło wkrótce około 2300 osób, w tym mieszkańcy powiatu lublinieckiego. Ogłoszenia o wyjeździe do Nowego Świata ukazujące się za sprawą Juliusa Heinricha Schüllera, pojawiły się bowiem również w lublinieckiej gazecie powiatowej „Lublinitzer Kreisblatt”.

„Lublinitzer Kreisblatt”. Ogłoszenie Juliusa Heinricha Schülera
"Komunikat dla emigrantów do ameryki". Ukazało się 28.04.1855 roku
.

Julius Schüler z Opola był jednym z licencjonowanych agentów emigracyjnych organizujących wyjazdy za „Wielką Wodę”. Dzięki niemu zachowało się też kilka listów z Ameryki o. Leopolda Moczygemby i jego brata Thomasa. Były niejako listem polecającym dla innych emigrantów oraz dowodem fachowej obsługi i znajomości tematu, przedstawionym zapewne w Rejencji Opolskiej wystawiającej certyfikat agenta. Jednak zanim zwerbowani i zdecydowani na wyjazd Ślązacy znaleźli się na statku, najpierw musieli jakoś dotrzeć do Opola. Dalej, najczęściej pierwszy raz w życiu podróżowali koleją przez Wrocław i Berlin do Hamburga bądź Bremy, skąd wypływały statki do Galveston w Teksasie, Nowego Jorku, Baltimor, Nowego Orleanu, Quebecu w Kanadzie, bądź też do miast południowej Australii.

„Lublinitzer Kreisblatt”. Ogłoszenie Juliusa Heinricha Schülera
z informacją "Dla emigrantów" między innymi o cenach biletów.
Ukazało się 31 marca 1855 r.

W miastach portowych często kilka tygodni koczowali w oczekiwaniu na swój statek. Przed wejściem na pokład żaglowca!!! musieli wykupić tzw. schiffskarte – kartę okrętową (dopiero od lat 70 tych XIX w. kursowały statki napędzane silnikami parowymi). Najczęściej kupowali ją za własne pieniądze często pochodzące z wieloletnich oszczędności, bądź ze sprzedaży pozostawionego tu majątku lub zaciągniętego długu, który musieli najpierw odpracować. Czasami pomagali w tym krewni z Ameryki, którzy już wcześniej się tam zadomowili.

Schiffskarte (karta okrętowa).

Podróż statkiem trwała kilka tygodni, a większość emigrantów podróżowała w ponurych, niskich pomieszczeniach międzypokładowych, których niemiecka nazwa „zwischendeck” długo przetrwała w ich pamięci. Każdy pasażer miał przydzielone miejsce do spania, gdzie na twardej pryczy mieściły się zazwyczaj dwie osoby. Mogli też mieć przy sobie własne materace, poduszki i wełniane koce. Ceny podróży w zależności od miejsca docelowego, oscylowały w granicach od 35 do 43 talarów za osobę, za dzieci do lat 10 trzeba było zapłacić 5 talarów, zaś te poniżej roku podróżowały za darmo. Dobrze sytuowani pasażerowie mogli liczyć na miejsca w I bądź II klasie, za które trzeba było jednak zapłacić kilka razy więcej.

Po dotarciu do wybrzeża Zatoki Meksykańskiej emigranci ruszyli w głąb lądu. Większość podróżowała dalej wozami wynajętymi od Meksykanów ale nie brakowało tych, którzy w dalszą drogę ruszyli pieszo… Tam na miejscu czekało ich zderzenie z twardą rzeczywistością.

Emigranci już na Nowej Ziemi

Najpierw budowa schronienia, którym była na początku najczęściej ziemianka, bądź półziemianka, a dopiero po czasie dom z bali drewnianych kryty strzechą z trawy skoszonej na prerii. Do tego codzienna walka o przetrwanie: Indianie, grzechotniki, malaria i uprawa ziemi, na której oprócz ziemniaków, melonów, dyni i ogórków wkrótce zaadoptowali turecką pszenicę, jak mawiali o kukurydzy. Ale jak to Ślonzoki po prostu dali rady i tyla.

„Twarde Ślonzoki"

Miejscowość Panna Maria, a także powstałe później: pobliska Cestohova, czy Kosciusko przetrwały do dnia dzisiejszego, tak jak przetrwał, co jest już zupełnie nieprawdopodobne, piękny „jynzyk ślonski” i to w swojej pierwotnej formie. Nadal biegle posługują się nim potomkowie pierwszych emigrantów. Nazwiska Moczygemba, Jarzombek, Polack, Kielbassa, Jendrzej, Piegza, Yanta, Rzepa, Mazurek, Dlugosz, Mika, Yosko, Pawelek oraz wiele innych pojawiają się nadal zarówno obok nas, jak i tam daleko za oceanem.

Kościół W Panna Maria dawniej i dziś.

Zdjęciem kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Teksasie rozpocząłem ten artykuł i tym samym kończę, bowiem wszyscy potomkowie pierwszych śląskich osadników jednym głosem podkreślają, że w zachowaniu języka i tożsamości narodowej pomogła im wiara, która ich jednoczyła i pomogła przetrwać.  Zresztą nie pierwszy raz....

Na podstawie:
Wystawa „Opuszczamy dom...naszą Śląską ziemię” – GOK Boronów
Lubliniec, 750 lat historii miasta i mieszkańców” – O. Kniejski, M. Żymierski, S. Ziółek, M. Berbesz
https://dziennikzachodni.pl/
https://pl.wikipedia.org/
https://plus.dziennikpolski24.pl/
https://www.cultureave.com/