Lubliniec - Ocalić od zapomnienia

enfrdeitptrues

Wojenna odyseja - Zenon Zbączyniak

Tekst poniższego rękopisu, który przepisałem, znaleziony został przeze mnie w maju 2022r. wśród rodzinnych dokumentów, a napisany został przez mojego dziadka -  Zenona Zbączyniaka (syna oficera 74 Górnośląskiego Pułku Piechoty), mieszkańca Lublińca - mającego we wrześniu 1939r. - 16 lat. Dziadek, gdy wybuchła II wojna światowa wyruszył wraz z żołnierzami 74 GPP w drogę, która zawiodła go aż pod Lublin. Niestety, albo dziadek nie spisał wcześniejszych wydarzeń - wrześniowa historia zaczyna się bowiem w okolicach Zwolenia, lub nie zachowały się te części wojennego pamiętnika. Wrześniowe wspomnienia kończą się na przedmieściach Lublina. Z opowiadań wiem, że dziadek wrócił do Lublińca po kilku tygodniach wycieńczony i w takim stanie, że jego matka - Ewa, miała problemy z rozpoznaniem syna. 

Wspomnienia zilustrowałem zdjęciami Stowarzyszenia Historycznego Reduta Częstochowa, oraz fotografiami archiwalnymi wyszukanymi w internecie.


Zenon Zbączyniak, autor i bohater poniższej historii - w grudniu 1939r.,
siedzi pierwszy po prawej stronie

Część I - Wrzesień 1939r.

Z okrążenia wychodzi kilkuset żołnierzy i oficerów. Zapadająca noc zastaje nas znów w głębokim lesie. Jesteśmy potwornie zmęczeni. To przebijanie się przez pierścień wroga i bieg na podmokłym terenie, pod ostrzałem, odebrały nam resztki sił. Stopniowo odzyskujemy równowagę duchową. Ktoś zarządza chwilę postoju. Wreszcie można się choć na chwilę odprężyć. Dopiero teraz niektórzy spostrzegają, że zostali ranni. Każdy doprowadza swój ekwipunek do porządku.

Dowództwo przejmuje porucznik rezerwy. Następuje organizacja kolumny marszowej wraz z ubezpieczeniem i niewielki oddział żołnierzy znów rusza naprzód w kierunku królowej polskich rzek - Wiśle, gdzie ma nastąpić generalna rozprawa z Niemcami. Znów nerwy napięte do granic wytrzymałości. Dokoła nas łuny pożarów. Niebo rozświetlają krzyżujące się różnokolorowe race. Od czasu do czasu głucho zadudni, gdzieś salwa artylerii. Raz po raz powietrze przecinają serie pocisków świetlnych z karabinów maszynowych. Kolumna sunie cicho, można by rzec bezszelestnie. Wolno zaczyna doskwierać głód i pragnienie. Po kilku godzinach marszu zaczyna świtać i znów na bezchmurny firmament wypływa złociste, znienawidzone słońce. Wchodzimy w podmokły teren porośnięty drzewami liściastymi z przewagą białych, pięknych brzóz. Gdzieniegdzie kałuże wody. Co chwila, widzę jak żołnierze kładą się i piją z nich brudną wodę, w której wiją się jakieś białe robaki. W końcu i ja przegrywam walkę z pragnieniem i również padam na ziemi i zaczynam pić wodę o smaku zgniłych liści.

Znów chwila odpoczynku. Stwierdzamy, że grupa nasza zmalała od ostatniego przystanku prawie o czwartą część żołnierzy. Widocznie wielu z nich zgubiło się i zeszło z trasy. Inni, chcąc odpocząć zasnęli kamiennym snem pod drzewami i już tak pozostali. Jeszcze inni, widocznie widząc naszą beznadziejną sytuację, a będąc niedaleko swego domu, zdezerterowali. Pozostało nas niewielu ponad 200. Pada rozkaz dalszego marszu. Podnosimy się wolno. Zmęczeni i obolali. Niektórych trzeba budzić kolbą karabinu. Ich sen jest tak głęboki, że nic nie dociera do ich świadomości.

Popołudniu dochodzimy do jakiegoś toru kolejowego. Skręcamy w prawo i po kilkunastu minutach przednie czujki meldują, że znajdujemy się w rejonie stacji kolejowej Bąkowiec.

Pada rozkaz opanowania jej. Szybko rozwija się tyraliera. Okrążając stację zajmujemy ją bez jednego strzału. Tory zabite wagonami. Na ziemi walają się resztki sprzętu wojskowego i różne papiery. Po wystawieniu czujek przeczesujemy wagony i stację w poszukiwaniu jedzenia, lecz niestety nie znajdujemy niczego z wyjątkiem kilku skrzynek mielonej kawy i cukier w kostkach. Zostają one szybko rozdzielone przez głodnych żołnierzy. Żując jedną kostkę, która przypadła mi w udziale zmieniam zwykłe buty na saperki, oraz dopasowuję sobie sweter, gdyż noce zaczynają być coraz zimniejsze. W jednym z wagonów znalazłem krótki kawaleryjski karabinek, który, mam nadzieję, będzie mi mniej ciążyć, niż ten dotychczasowy.

Zbieramy się wszyscy przy niewielkich zabudowaniach stacyjnych. Jedna z czujek przyprowadza naszego kolejarza, który objaśnia, że droga odwrotu jest odcięta. Nad Wisłą znajdują się już jednostki wojska niemieckiego, a most łączący oba brzegi rzeki został przez naszych saperów wysadzony w powietrze.


Wysadzony most na Wiśle w okolicach Dęblina

Mimo tych przygnębiających wiadomości żołnierze chcą walczyć dalej i przebić się na drugi brzeg. Wolno zapada zmrok. Kolejarz sprowadził z niedalekiej wioski dwóch przewodników, którzy mają nas przeprowadzić bezpiecznie do brzegu rzeki. Krótka narada i zaledwie niepełna setka żołnierzy rusza za przewodnikami w cichą noc.

Posuwamy się wzdłuż jakiejś rzeki lub rowu w niskich zaroślach. Po kilku godzinach dochodzimy do gęsto zarośniętego wikliną brzegu Wisły. Przewodnicy twierdzą, że tędy można przejść rzekę, gdyż jest tu bród, po czym zostawiają nas i odchodzą do domu. Znów krótka narada, dowódca wydaje rozkaz pozostawienia wszystkich zbędnych rzeczy na brzegu. Buty i ubranie zostają szybko związane z tobołek. Przytroczone do pasa. Wziąłem karabin w rękę i jako jeden z pierwszych wychodzę na brzeg. Z wolna i cicho zanurzam się w piekielnie zimną wodę. Od czasu do czasu spoglądam za siebie i widzę sznur brodzących żołnierzy w wodzie. Przed sobą, w świetle księżyca, czasami widzę przeciwległy brzeg.

Obok mnie idzie jakiś żołnierz z Radomia i cicho mówi, że najgorzej jak dostaniemy się w dwa ognie, gdyż przecież po drugiej stronie nikt nie wie, że do brzegu zbliżają się kompletnie wycieńczeni żołnierze polscy a nie wróg. Jesteśmy chyba gdzieś na środku toni. I nagle rakieta oświetla całą rzekę wraz z nami. Zostaliśmy odkryci przez wroga. Kurczowo ściskam karabin i rzucam się w nurt. Płynę wolno, gdyż ruchy krępuje broń i tobołek z ubraniem. Nagle z lewej strony widzę lecące w moją stronę świetliste koraliki pocisków karabinowych. Rzucam się pod wodę. W pewnym momencie czuję pod nogami kamieniste dno. Wstaję i zygzakiem biegnę w stronę zarośli. Rzucam się na ziemię, aby złapać pierwszy oddech i przemyśleć upiorną sytuację w jakiej się znalazłem. Kanonada rozszalała się z obu stron. To widocznie nasze wojsko próbuje zmusić stanowiska wroga do zamilknięcia. Nagle słyszę plusk. To dwóch naszych żołnierzy dopływa do brzegu. Jeden jest ranny. Wskakuję do wody i pomagam odholować rannego na brzeg. Część żołnierzy wylądowała poniżej, gdyż zniósł ich prąd rzeki, lecz większość zginęła w bystrym nurcie, nie umiejąc pływać lub od kul wroga. Chwila odpoczynku. Zakładamy mokre ubranie i na zmianę prowadzimy rannego żołnierza. Chwasty ranią nam gołe nogi, lecz nie odczuwamy tego. Nagle z odrętwienia wyrywa nas głos – Stój. Kto idzie? Dochodzi do nas, że to Polacy. Opowiadamy po chwili – że swój. I kilka chwil później znajdujemy się w okopach. Żołnierze przyglądają nam się w świetle latarek. Wyglądamy widocznie okropnie, gdyż jakiś podoficer daje rozkaz odprowadzenia nas na tyły. Lokujemy się w jakimś domu, gdzie w kuchni uwija się kobieta. Rozpala ogień, suszy nasze ubrania i buty, a my otuleni w koce  dostajemy po talerzu wspaniałej zalewajki, której smaku nie zapomnę chyba do końca życia. Była to moja pierwsza ciepła strawa od ośmiu lub dziewięciu dni wojennej zawieruchy. Każdy chce wiedzieć o Niemcach. Opowiadamy, że nie tacy oni straszni jak ich malują, lecz sen bierze górę. Walę się na rozsypaną na ziemi słomę i zapadam w sen.

Zrywamy się na równe nogi, gdy spadają niedaleko nas pierwsze pociski artyleryjskie wroga. Ranny żołnierz zaczyna majaczyć. Kula przeszła mu przez udo. Zaczynamy ubierać się w wilgotne jeszcze mundury i buty. Pijemy szklankę gorącego mleka, zajadając pajdą chleba. Kobieta patrzy na nas i zaczyna płakać mówiąc przy tym przez łzy, że tacy młodzi ludzie muszą ginąć i że jej syn też gdzieś walczy w obronie ojczyzny. Uspakajamy ją, że wszystko się jakoś ułoży, syn wróci. Przemywamy rannemu ranę. Zostawiamy go pod opieką kobiety i zgodnie z otrzymanymi rozkazami maszerujemy do Dęblina, gdzie mamy nadzieję otrzymać nowy przydział do organizowanej jednostki. Wisłę przebyło nas kilkunastu. Idziemy drogą w kierunku miasta. Od czasu do czasu kryjemy się przed nieprzyjacielskimi lotnikami. Pod wieczór docieramy do Dęblina. Tutaj otrzymujemy kolejny rozkaz. Mamy iść do Lublina i tam zgłosić się w Komendzie Uzupełnień. Jedziemy najpierw samochodem ciężarowym, lecz brak benzyny po kilkunastu kilometrach unieruchamia pojazd i dalej idziemy na nogach. Czasem udaje nam się gdzieś usadzić na konnym wozie i tak około południa jesteśmy w Lublinie. Niestety znów nie nic nie możemy zaleźć. Miasto zostało zbombardowane. Zginęły setki cywilów. Panuje tu chaos i panika.


Przed budynkiem Urzędu Miejskiego w Lubliniec,
po zbombardowaniu miasta 9 września 1939r.

Wyjeżdżamy z miasta w kierunku na Lwów. Na przedmieściach Lublina dowiadujemy się, że wróg przekroczył pod Sandomierzem Wisłę i również San i okrążył naszą ukochaną stolicę. Niszczy ją z premedytacją z ziemi i powietrza, ale mimo tego Warszawa broni się dzielnie i odpiera z powodzeniem ataki wroga. Po kilkugodzinnej wędrówce bez celu zostajemy włączeni do składającego się z różnych żołnierzy oddziału i otrzymujemy rozkaz wycofania się za Bug, na linię ostatecznej obrony.